homilia bpa Wacława Świerzawskiego
Minął kolejny tydzień naszego życia. Suma kilku dni z ich zwyczajną treścią. Jeśli jesteśmy posłuszni radom ludzi mądrych, każdego dnia, najczęściej wieczorem, robiliśmy krótki rachunek sumienia. Może właśnie dzięki tej praktyce rodziły się w nas pytania o sens tego wszystkiego, co nazywamy ludzkim życiem, naszym życiem. Dochodziły może do tego wieści o śmierci bliskich, o chorobach, słabościach. O ciężkich ludzkich sprawach, wobec których jesteśmy tak często bezsilni. Może jawił się przed naszymi oczami ten straszliwy labirynt problemów, z których, sądząc po ludzku, nie ma wyjścia.
A jednak? Kto żyje świadomie życiem Kościoła i przeżywa w sposób odpowiedzialny swoją przynależność do Chrystusa, pomimo wszystko stara się tworzyć nieustannie – właśnie wśród tych trudności, które, jak się okazuje, są zwyczajnym, codziennym chlebem wszystkich ludzi wszystkich czasów – swój poemat dla Boga.
Pomaga nam w tym pełna mądrości pedagogia Kościoła, czy mówiąc ściślej, pedagogia liturgii. Oto znów jesteśmy w kościele i słyszymy, co do nas dzisiaj mówi Chrystus.
Wielu słyszy ten głos raz na tydzień, niektórzy codziennie, bo te spotkania z Chrystusem, przychodzącym do nas i obecnym w Eucharystii, we Mszy świętej, uważają (o tym mówiliśmy zeszłej niedzieli) za największy skarb, za ową perłę bezcenną, dla której warto sprzedać wszystko.
Dobrze właśnie w tym miejscu to przypomnieć w taki sposób: kto chce coraz bardziej widzieć sens życia, żyjąc wśród dżungli bezsensu i pierwszej w dziejach ludzkości ateistycznej cywilizacji, musi koniecznie, systematycznie spotykać Chrystusa, Boga bliskiego, Boga żywego, Boga obecnego w Chlebie i Winie, przemawiającego do zgromadzonych konkretnymi słowami, słowami Boga. Tak to ciągle akcentuję, żeby nam nie umknęło. Bo często słowa Boga sprzedajemy za słowa ludzkie, czasem za pusty bełkot. Tutaj w świątyni słyszymy wciąż słowa Boga, którymi nie tylko nas napomina, ale przez które przekazuje nam prawdę o życiu, o sensie naszego istnienia.
Przykazanie o uczestnictwie w Mszy świętej – chyba sobie to uświadamiamy coraz wyraźniej – jest nie tylko zwykłym nakazem moralnym, wiążącym w sumieniu i zobowiązującym do oddania Bogu tego, co Boskie, zobowiązującym do kultu Bożego. Przykazanie niedzielnej Mszy jest być nie być, być nie być naszej egzystencji, jest w ścisłym związku z sensem lub bezsensem ludzkiego życia, z jego prawdą lub nieprawdą. A tym samym – szczęściem lub nieszczęściem, smutkiem lub radością, pokojem lub niepokojem, który ludzie w sobie noszą.
Jak to się ma do lekceważenia tego spotkania, niedoceniania jego roli w naszym życiu, niepodejmowania prób zgłębiania tego, co przykazanie nakazuje? Iluż to ludzi uznających się za odpowiedzialnych chrześcijan-katolików po wielu latach życia nie wyrobiło sobie jeszcze prawdziwej relacji do swojej religii poprzez spotkania z Bogiem przychodzącym pod postaciami Chleba i Wina!
Iluż to chrześcijan nie podejmuje tego jako wątek twórczy, tworzący przyjaźń z Bogiem, który jest Miłością – a jak wchodzić w dialog z Miłością, jeżeli nie przez miłość? – lecz często przeciwnie, redukuje ten wątek do powierzchownego formalizmu, do tradycyjnego gestu czytanego okiem socjologicznych uwarunkowań, od zewnątrz. Już nie mówię o zaniedbaniach i odpowiedzialności wobec własnych dzieci, większych czy mniejszych.
Padło tu kilka podstawowych terminów, bez których – wiemy to już dobrze – jest rzeczą niemożliwą odnaleźć sens własnego istnienia, a co więcej, ową dynamiczną moc, bezwzględnie potrzebną do nieustannego twórczego wysiłku, żeby pokonywać drogę życia i mieć smak – nawet jak wiatr przeciwny wieje w oczy – ten smak, którego nic nie może człowiekowi zniszczyć. Ktoś kiedyś powiedział: „Co za rozkosz płynąć w dziurawej łodzi (myślał o łodzi Kościoła), jeśli ma się pewność, że łódź nigdy nie zatonie”.
Religia, Bóg przychodzący, Bóg obecny, Bóg bliski, spotkanie z Bogiem – ileż tu terminów fundamentalnych, które trzeba brać na warsztat i czytać głębię ich treści. Kiedy jako ludzie stajemy wobec Przychodzącego, wobec Obecnego, Bliskiego – tyle już wiemy – mamy szansę, że tu, w Nim, odnajdziemy wszystko. Faktycznie, to są albo slogany, albo prawda; patos słów „wszystko” i „nic” może być patosem niebezpiecznym. A te słowa padły właśnie i ostatniej niedzieli, i dziś. Przypomnijmy. W ubiegłą niedzielę, kiedy Chrystus opowiadał przypowieść o skarbie i perle bezcennej, dla której trzeba sprzedać wszystko, by ją kupić (Mt 13, 44‑46), czyż znowu nie uświadomił nam tego, że kupując ową bezcenną perłę odzyskujemy wszystko? To są te paradoksy Bożego królestwa, o których słyszymy w czasie kolejnych „zielonych” niedziel okresu zwykłego.
Właśnie o tym mówi też dzisiejsza pedagogia liturgii Kościoła, w niezwykle przejrzysty sposób zredagowana w tekście Izajasza Proroka i w tekście Pawła z Listu do Rzymian. Odwołując się do ludzkiego doświadczenia, do tego palącego trzewia pragnienia człowieka, przypomina, gdzie jest woda życia a gdzie jest śmierć. Śmierć ludzi zanurzonych w bezsensie, śmierć ludzi umierających z braku miłości, z braku doświadczania tej miłości – jest to śmierć dotykająca człowieka tak często jeszcze przed śmiercią fizyczną. Fala nie tylko samobójstw, która idzie przez świat, ale fala narkomanii, alkoholizmu, czymże jest, jak nie symptomem tej śmierci duszy ludzkiej, ludzkiego ducha.
Oto posłuchajmy, co mówi Pan: „Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy. Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko. Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie” (Iz 55, 1‑3).
W tym apelu do spragnionych wyróżnia się jasno, jak widzimy z tych tutaj tekstów, strona negatywna: „Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem?” I ta strona negatywna jest tłem, na którym w jeszcze bardziej ostrym kontraście rysuje się treść pozytywna: „Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie ucho wasze i słuchajcie”.
I wiemy, co było dalej. Tym wszystkim, którzy tak czynią: nadstawiają ucha i „słuchając słyszą” (por. Mk 4, 9), pokaże to, o czym opowiada uszom ludzkim: będą „patrzeć i widzieć” (por. Mk 4, 12). Najpierw wtedy, kiedy będzie przybity do krzyża: viderunt, quem transfixerunt, będą spoglądać na Tego, któremu przebili serce – a później będą spoglądać na Tego, któremu przebili serce, kiedy kapłan będzie pokazywał Opłatek, Chleb. Żeby widzieli, jak mówił Norwid[1], w kłosie pszenicy Hostię, a w Hostii Boga Żywego. „Otwierasz rękę, karmisz nas do syta” (refren Psalmu). „Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył. Oczy wszystkich zwracają się ku Tobie, a Ty ich karmisz we właściwym czasie. Pan jest blisko wszystkich, którzy Go wzywają” (Psalm responsoryjny).
Właśnie na tym tle zaczynamy odkrywać niezwykłą głębię zamysłu Chrystusa, zamysłu ukazywanego ludziom powoli, systematycznie, coraz głębiej, oswajającego ich z religią Boga bliskiego. Jeśli są nieporozumienia, jeśli ktoś mówi: jestem wierzący, ale równocześnie czuję niedosyt i nie widzę sensu, to dlatego, że nie wie, jaka jest najgłębsza warstwa religii: że dzięki Chrystusowi i Jego dziełu zbawczemu – Krzyż, Zmartwychwstanie i Zesłanie Ducha Świętego – religia (chrześcijańska, jedyna!) staje się religią osobowego spotkania z Bogiem. Człowieka z Bogiem. Gdzie między Bogiem a człowiekiem jest przepaść nie do przebycia, którą techniki modlitewne i ascetyczne Dalekiego Wschodu starają się przekroczyć, ale są bezsilne. Bo to nie człowiek wstępuje na duchowe Himalaje, ale Bóg zstępuje. I zstępujący Bóg jest Bogiem bliskim.
Religia chrześcijańska jest religią rozdawanego Daru, który gasi pragnienie. Oto w opowiadaniu o cudownym rozmnożeniu chleba, które dzisiaj wspominamy, jest zapowiedź wielkiego cudu Eucharystii („a słowo stało się Ciałem i zamieszkało wśród nas”), tego cudu, który właśnie teraz sprawujemy. W jakim celu? – eucharistia, dziękczynienie – aby podziękować Bogu za dar zstąpienia, bliskości, obecności Jego Osoby. Ale także, aby „jedząc te przysmaki” (Iz 55, 2) doświadczać nasycenia sensem prawdy doświadczanej dzięki bliskości Boga i sensem miłości przeżytej dzięki bliskości tej Absolutnej Miłości, jaką jest Bóg objawiający się w Chrystusie.
Czy mógłby Paweł pisać, tak jak dzisiaj w naszym imieniu napisał, gdyby nie znał tego, o czym tu rozważamy? „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?” (Rz 8, 35). Co na to mówią ci chrześcijanie, uczniowie Chrystusa, którzy „sprzedają” Mszę świętą i przykazania za byle co? Wszystko jest ważne, każde świecidełko urasta do rangi skarbu. A tu jest źródło, tu jest żywy Bóg! „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (śpiew przed Ewangelią) – taki wstęp daje dzisiaj Kościół do opisu rozmnożenia chleba.
Spróbujmy podsumować. Wszelka obecność domaga się wzajemności. Obecny w Eucharystii Chrystus, zanim zaprosi do stołu – żądając białej szaty, by grzech nie zasłaniał oczu na ten cud i nie zatykał uszu na apel kierowany do spragnionych ludzi (niezwykła sprawa!) – zawsze przemawia do zgromadzonych. Kiedyś (pamiętamy dawne czasy) dyskutowało się, od jakiego momentu Msza jest ważna. Czy od ofiarowania, czy od początku. Teraz wiemy: trzeba słuchać słowa, czytanego, komentowanego. Bóg przemawia.
A zanim powie: „Przyjdź i jedz”, czy nie przemawia jak człowiek do człowieka w sakramencie spowiedzi, w konfesjonale? Czy nie przemawia wciąż słowami Biblii, a potem słowami kapłana? I czyż nie właśnie tak rozpoczyna się nasza wzajemność? Kto słyszy, zajmuje stanowisko. Ileż to serc zaczyna pałać od momentu, kiedy wsłuchując się w słowo przemawiającego Boga rozpoznaje Obecnego!
Kto wszedł na tę płaszczyznę wzajemnej relacji – nie tylko przyjść, być, spełnić obowiązek, być na zasadzie niezaangażowanego widza, ale wejść w dialog – kto „spragniony” (Iz 55, 1) otworzył uszy na apel Pana, kto wpatrzył się i wpatruje, i zaczyna powoli przenikać poza zasłonę tej dwuwarstwowej rzeczywistości, jaką jest Msza święta, wie, że tutaj dzieje się coś wielkiego, że to jest wielka sprawa. Zaczyna odkrywać, że największą łaską Eucharystii jest poznanie i doświadczenie wzajemnej bliskości z Bogiem, tak zażyłej, że określa się ją mianem przyjaźni. I na pewno dostępuje przywileju otwarcia oczu na Jego obecność, na obecność Jego osoby, i zaczyna się zdumiewać. Zafascynowany pada na kolana i wie, że wszystko jest niczym wobec faktu wejścia w relację wzajemności z nieosiągalnym dla nikogo Bogiem.
Cóż z tego, że wielu spełnia obowiązek bycia na Mszy świętej, kiedy zatykają uszy na apel kierowany do „spragnionych” (Iz 55, 1), nie słuchają Pana, nie chcą jeść Jego „przysmaków” (Iz 55, 2b), lecz szukają „tego, co nie jest chlebem, i wydają pieniądze” (Iz 55, 2a) nie na to, co jest jedynym skarbem człowieka! I można paradoksalnie powiedzieć, że Bóg jest dla nich nieobecny, bo tak jak niewidomy jest nieczuły na światło, tak człowiek, który ma oczy zasłonięte przesłoną grzechu, jest nieczuły na Obecność Boga, na tę darowaną mu przyjaźń. Kto wie, czy to nie jest sama istota problemu.
Ale Bóg odsłania swoją obecność temu, kto oczyści serce w pokorze i powie: Marana tha! „Przyjdź, Panie Jezu!” (Ap 22, 20). I to jest początek tej przyjaźni, dzięki której człowiek doświadcza nasycenia. Dzięki Eucharystii religia chrześcijańska jest religią spotkania dwu osób, Boga i człowieka, dwu miłości.
Jeśli ktoś stoi jeszcze daleko od tych treści, o których mowa, poszukiwania trzeba zaczynać od odkrycia w Eucharystii Obecnego, Boga bliskiego, Miłości Wcielonej.
Dlatego Kościół w swojej pedagogii domaga się, by spełnianie Eucharystii, podejście do Stołu, było poprzedzone spotkaniem w sakramencie spowiedzi, bardzo personalistycznym, gdzie można mówić i spierać się, i domagać się wyjaśnień. Aby potem, po przyjęciu Eucharystii, pozostać, trwać w cichej, skupionej modlitwie na adoracji, gdzie intymność spotkania jest jeszcze głębsza. Gdzie właśnie już odkryty Chrystus sam mówi do mnie w sposób zrozumiały i wystarczająco porywający, by pozostać przy Nim. „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (śpiew przed Ewangelią).
(1987)
[1] „Hostię – przez blade widzę zboże... Emmanuel już mieszka na Taborze!”. Cyprian Kamil Norwid, Fortepian Szopena, 41-43, w: Cyprian Norwid, Pisma wszystkie, dz. cyt., t. 2, s. 144.
OŚRODEK FORMACJI LITURGICZNEJ
św. Jana Chrzciciela w Zawichoście
Created OFL przy współpracy z MAGNUM Sandomierz