Created OFL przy współpracy z  MAGNUM Sandomierz

 

 

 

 

 

 

Katechumanat Krakó

O ŚRODEK F ORMACJI L ITURGICZNEJ

Kiedy nadchodzą czasy trudne, które nazywamy, chyba nawet bez patosu, zakrętami dziejów, a takie są teraz*, każdy na swój sposób zdaje życiowy egzamin. Z tego, kim jest, i z tego, co robi. Te dwa egzaminy to: być i mieć, osoba i czyn (jeśli ktoś tak woli). Nasz „sposób na trudne czasy” – nas, uczniów Chrystusa, bo tymi chcemy być – jest chrześcijański. Chcemy być uczniami Chrystusa i chcemy żyć jak uczniowie Chrystusa. I zajmować takie stanowiska w sytuacjach, w których jesteśmy, jak On sam. Wiem, że to są wielkie słowa. Ale „nie jest uczeń nad Mistrza” (por. Mt 10, 24), a Mistrz dał nam wyraźne wskazówki, jak mamy żyć i postępować.

Często zadajemy sobie pytanie, co znaczy być chrześcijaninem. Ale też często pytamy, jak, czy konkretniej mówiąc, w jaki sposób żyć, by zdawać życiowy egzamin, czy po prostu: jak żyć. Recept jest wiele, choć sprawa jedna. Ale w zależności od tego, kto jest na jakim etapie świadomości chrześcijańskiej, chrześcijańskiej odpowiedzialności – i w jakim wieku: inaczej dziecko, inaczej młody człowiek, inaczej człowiek w sile wieku, inaczej zbliżający się do starości, i według odmienności i różnorodności zawodowych: inaczej prawnik, inaczej kupiec, rzemieślnik, ksiądz, żołnierz, milicjant – wszyscy ochrzczeni w Chrystusie mają dawać świadectwo tam, gdzie są.

Otóż recept jest wiele.

Te najprostsze mówią, tak jak mówił nam Chrystus: „Jeśli chcesz być uczniem moim, zachowuj przykazania” (por. Mt 19, 17). Innym mówił: „Sprzedaj wszystko, co masz i chodź za Mną” (por. Mt 19, 21). Kto tego nie rozumie, nie sprzedaje wszystkiego i nie idzie za Nim. Gorzej, jeśli nie idzie za Nim i nie zachowuje przykazań, i kontentuje się tym, że zrobi od czasu do czasu znak krzyża i pokropi się wodą święconą, i drzewko wystawi na Boże Narodzenie, i przyjdzie na pasterkę czy rezurekcję, żeby zachować jeszcze pewne pozory przywiązania do instytucji kościelnej.

Ale prowadźmy refleksję w innym kierunku. Jest pewna norma, istotna dla człowieka, który chce być uczniem Chrystusa, dodajmy: prawdziwym, autentycznym. Św. Paweł z Tarsu – jak wiemy, nawrócony faryzeusz, prześladowca Kościoła – po spotkaniu Chrystusa pod Damaszkiem powiedział: „Moim życiem jest Chrystus” (por. Flp 1, 21). Jeśli dzisiaj ktoś chce być prawdziwym chrześcijaninem, niech sobie nie przykleja etykietek i nie przyczepia religijnych emblematów, tylko niech mówi: moim sumieniem jest Chrystus. Sumienie jest funkcją osoby, jest osobistym przekonaniem człowieka dotyczącym prawdy i odpowiedzialności za codziennie podejmowane decyzje. Przykazania wiążą od zewnątrz i jeśli ktoś ich nie rozumie inaczej niż jako zakazy, próbuje je łamać i żyć jak chce. Ale właśnie przykazania Chrystusa, które przyjmujemy, tworzą w nas nasze chrześcijańskie sumienie. Mówimy wtedy: On żyje w nas.

Mieć chrześcijańskie sumienie to naśladować Chrystusa. Ale nie przez zewnętrzne naśladownictwo gestów czy postaw, tylko przez przyjęcie Jego sposobu myślenia i Jego miłości do Ojca i ludzi. Czyli nie można żyć po chrześcijańsku a nie mieć sumienia chrześcijańskiego. Nie można naśladować Chrystusa, jeśli w nas Chrystus nie żyje, jeśli w nas jest grzech.

Iluż to ludzi nie idzie do spowiedzi, bo nie rozumieją tego fundamentalnego prawa, że poprzez spowiedź i odpuszczenie grzechów idzie się do Eucharystii, żeby w nas żył Chrystus, żebyśmy byli prawdziwymi chrześcijanami. Mówią: a bo to księża wymyślili, a bo to takie trudne, a czy to potrzebne? Po co między mną a Bogiem pośrednictwo człowieka? I mają inne sugestie, jak żyć. Kto nie ma w sobie sumienia Chrystusa, właśnie takiego sumienia, które mu powie, co trzeba czynić w każdej sytuacji, najbardziej zaskakującej, najbardziej splątanej – ten nie może dać świadectwa, jakiego się Chrystus domaga. I w sytuacji najbardziej niespodziewanej Chrystusa zdradzi. Ileż to jest zdrad Chrystusa po dzisiejszy dzień przez tych, którzy mówią, że są Jego uczniami!

Użyłem terminu: trzeba naśladować Chrystusa. Powiedziałem, że naśladowanie jest poprzez zjednoczenie z Chrystusem, którego znamy z Biblii. Patrzymy na obraz odczytywany z kart Ewangelii i pozwalamy Chrystusowi, który jest w nas, żyć przez nas według tego obrazu. Ale wiemy również – i to jest jeden z najbardziej bolesnych paradoksów – że nawet ci, którzy dotarli do Eucharystii, jeszcze wszystkiego nie zrobili. Bo można też w sposób materialny, zewnętrzny przyjmować Eucharystię, która wewnętrznie nie zakorzeni się w naszym sumieniu i nie przemieni, nie przebóstwi sumienia. Tam będzie ta kamienista gleba, od której ziarno słowa Boga i wzory Jego postępowania się odbijają.

Stąd wielu ludzi, którzy nie chodzą do Eucharystii, mówi: to jest dobre tylko dla dewotów. I odcinają się od wody żywej. Ale biada tym, którzy przyjmując Ciało Chrystusowe nie objawiają Jego mocy i mądrości, i nie czerpiąc światła z życia Jezusa w sobie, nie mają Chrystusowego sumienia. Oczywiście fakt, że są i tacy chrześcijanie, nie może być dla nikogo motywem własnej absencji i usprawiedliwieniem szukania własnych rozwiązań poprzez własne pomysły na życie.

Proszę zauważyć – i to sobie dzisiaj utwierdzimy, takie są w skrócie treści przeczytanych tekstów biblijnych – że tym, co interioryzuje, czyli jak gdyby wkorzenia w nas sumienie Chrystusa, jest modlitwa. To jest zagadnienie niezwykłe! Modlitwa, która ma nawet swoją relację do spraw doczesnych (jakimi teraz tak bardzo żyjemy). Oto dzisiaj czytanie ze Starego Testamentu mówi o modlitwie Mojżesza, który obserwując jak Napoleon pod Austerlitz dwie armie ze sobą walczące, trzyma ręce ku górze i modli się. Wpływa na bieg historii, na przebieg bitwy. Wzniesione ręce mówią o trwaniu na modlitwie. Kiedy je opuszczał, jego strona przegrywała. Przychodzili ludzie bliscy Mojżeszowi i podnosili te ręce, żeby ich nie opuszczał, żeby trwał na modlitwie (Wj 17, 11 12).

Kto się zastanawia nad wymiarem doczesnym modlitwy, nie mówiąc już o ponaddoczesnym? Chrystus dla wyjaśnienia pytającym, w jaki sposób rozwiązywać sprawę modlitwy, odwołuje się właśnie do układów życia codziennego. Opowiadając o natręctwie tego, kto puka, mówi: tak samo czyń i ty. „Słuchajcie: Czyż Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?” (Łk 18, 6 7). Iluż to młodych ludzi (wracamy do tego najprostszego przykładu) rozrywa swoje małżeństwo w chwili jakiegoś trudnego doświadczenia, afektu, a nie zastanawia się nad tym, czy paść na kolana i błagać Boga, wyznać grzech i pójść do Eucharystii, by mieć sumienie Chrystusa. Bo ślubował mąż, że będzie miłował żonę tak jak Chrystus, a więc ma gwarancję trwałości.

Przecież to, co robią ludzie młodzi czy nawet starsi, po piętnastu, dwudziestu latach życia małżeńskiego rozrywając wspólnotę, to jest ciężka nieodpowiedzialność. Rozrywając małżeństwo pochopnie, nie wiedzą, jakie z tego wynikają konsekwencje. Ileż tych przykładów – różnych, nie tylko w tej materii – można by tu cytować. Co z tego, że zapalą sobie lampkę czy świecę przy obrazie, kiedy nawiedzą pielgrzymkowe miejsca? Choć może ten błysk pójdzie im w oczy i zobaczą, że serce ich jest pełne nieprawości i trzeba wszystko zmienić, i trzeba zacząć od nowa: „Naszą pomocą jest nasz Pan i Stwórca” (Psalm responsoryjny).

Proszę zauważyć, że w tym całym dzisiejszym wywodzie, w przedstawieniu sprawy modlitwy, Chrystus wskazuje na to, co jest fundamentem, bez którego nie można się obejść. Zresztą ten fundament ujawnia się w relacji do Eucharystii i do sakramentu pokuty, i do spraw doczesnych też.

Mówi Chrystus, że wszystko zależy od wiary. Po prostu ci ludzie, którzy się nie modlą, ci ludzie, którzy nie widzą obecności Chrystusa w Eucharystii, ci ludzie, którzy nie chcą zachowywać Jego przykazań, którzy nie żyją według sumienia, jakim jest Chrystus – mają zagrożoną wiarę, często ciężko chorą wiarę. Czasem nie mają wiary. Mówią, jak tutaj tyle razy przypominamy, wykazując nonsens takich postaw: jestem wierzący a niepraktykujący. Nieprawda! To jest brak wiary. Oczywiście, zawiniony lub niezawiniony. Kto winien, że wyrastał od dzieciństwa w domu, gdzie już nikt nie wierzył, czy wierzono właśnie w ten fasadowy, zewnętrzny, iluzoryczny sposób.

Wiara. I to dramatyczne pytanie: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Stawiajmy sobie, wysłuchawszy tych wszystkich słów, pytanie, co mamy z tej dzisiejszej refleksji zapamiętać, właśnie choćby w świetle tej groźby: czy znajdzie wiarę, i w świetle zaleceń Chrystusa, żeby mieć wiarę dzięki modlitwie. I dzięki obcowaniu ze słowem Biblii, gdzie Bóg przez Chrystusa przemawia, by ożywić jak gdyby w nas Jego obecność, która tworzy nasze sumienie, jakim jest On sam, Chrystus.

Po pierwsze: zweryfikujmy sobie dziś fakt naszej modlitwy i zapytajmy o jej jakość i jej miejsce w programie naszego dnia. Bo jednym z wielkich grzechów, które trzeba wyznawać w konfesjonale, jest dysproporcja między wsłuchiwaniem się w informacje tego świata w środkach masowego przekazu, na które trwonimy godziny, a tymi minutami, sekundami, które dajemy na znak krzyża i często bełkot słów pacierza. To są poważne grzechy, za które będziemy ponosić odpowiedzialność – za nas i za nasze rodziny, za wierność małżeńską, za kulturę i tradycję narodową, za wychowywanie dzieci i młodzieży. Co my im przekazujemy, jeśli nie modlimy się i nie wzmacniamy w ten sposób wiary naszej? Wiary, która na zakrętach dziejowych musi zdawać egzamin z tego, kim jesteśmy i co robimy, i jak to robimy.

I druga sprawa: jak dbam w moim życiu o doskonalenie modlitwy. Modlitwa nie jest rzeczą wyuczoną raz na zawsze. Kto zatrzyma się w ewolucji, w dojrzewaniu tego ziarna, które Bóg nam dał razem z wiarą, kto nie bada, jaka jest relacja modlitwy do Eucharystii, do obecności Chrystusa, który ma być w nas i w nas się modlić, kto nie wie, że z czytania Biblii mamy wydobywać słowa, jakimi mamy mówić z Chrystusem, który w nas mówi do Ojca – ten z czym idzie przed ołtarz czy wieczorem klęka do modlitwy? Wypowiadamy parę formuł, których często też nie rozumiemy, bo są syntezą, właśnie bardzo skondensowaną, jak ta wspaniała modlitwa, której nas nauczył Chrystus: „Ojcze nasz”. Przecież mówimy codziennie: „Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja”, w czym się zawiera: będę wierny wszystkim przykazaniom, i temu również przykazaniu, kiedy Chrystus mówi: „To czyńcie na moją pamiątkę: bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”.

Przecież jak to zgrzyta jedno wobec drugiego: ta najwspanialsza modlitwa i nasza niekonsekwencja, nasza nieodpowiedzialność! I później dziwimy się, że wszystko z czasem się nam rozsypuje w proch. To przez modlitwę, formując w sobie sumienie Chrystusa, stajemy się prawdziwymi Jego uczniami, wierni w doli i niedoli. Zawsze. Zapamiętajmy to sobie i wiedzmy, że to jest ten sposób najistotniejszy, dzięki któremu stajemy się solą ziemi i światłem świata, tak jak chciał Chrystus (Mt 5, 13 14). Żeby nie było ciemności, chaosu i zamętu i żeby ziemia przestała cuchnąć.

(1989)

 

*Dwudziesta dziewiąta niedziela zwykła wypadła w roku 1989 w dniu 22 października, kiedy od blisko dwu miesięcy miała Polska pierwszy rząd od czasu II wojny światowej utworzony przez premiera opozycji. W kilkanaście dni później rozpoczęto symboliczne burzenie muru berlińskiego.

15 października 2022
homilia bpa Wacława Świerzawskiego

29 NIEDZIELA ZWYKŁA

ROK C

Pierwsze czytanie: Wj 17, 8‑13
      Drugie czytanie: 2 Tm 3, 14 – 4, 2
      Ewangelia: Łk 18, 1‑8