Created OFL przy współpracy z  MAGNUM Sandomierz

 

 

 

 

 

 

Katechumanat Krakó

O ŚRODEK F ORMACJI L ITURGICZNEJ

Przeżyte niedawno – i jeszcze przeżywane: szopka, kolędy – święta Bożego Narodzenia przypomniały nam o Bogu, kim jest Bóg. Bóg stał się Człowiekiem. Wielka tajemnica, niepojęta, ale objawiona i coraz bardziej objawiana przez Boga, który stał się Człowiekiem, przez Jezusa Chrystusa. Stąd też światło Bożego Narodzenia jest świętem prawdy o człowieku. Czasem sobie to pytanie zadajemy: kim właściwie jest człowiek? Nie jest to błaha rzecz, bo jeśli nie wiem, kim jest człowiek, i zaczynam, jak każdy z nas, żyć pierwszy raz – wtedy każdy, kto umie mówić, a nawet głośno krzyczeć, może proponować swoje rozumienie, jaki jest cel życia, sens życia, po co żyć, po co cierpieć, po co umierać.

A więc pytanie o prawdę człowieka wiąże się z pytaniem o prawdę o Bogu. I można już tutaj krótko roboczo powiedzieć, że człowiek po to żyje na świecie – tak określił cel życia św. Ignacy Loyola, znany nam skądinąd założyciel jezuitów – „człowiek po to żyje na świecie, żeby Boga znał, żeby Boga miłował, żeby Bogu ufał, i tak zbawił duszę swoją”. A znając, ufając i miłując Boga, będzie miał prawdę o świecie, będzie rozumiał sens świata, będzie rozumiał przede wszystkim drugiego człowieka.

I tutaj już widzimy, że drogi się rozchodzą. Są ludzie, którzy tego nie chcą przyjąć do wiadomości. Ludzi, którzy nie chcą tego przyjąć, nazywamy ateistami. Ateizm to jest odcięcie się do Boga, zaprzeczenie Jego istnienia, tym samym możności Jego interwencji: nie ma Boga! A ci, którzy mienią się być wierzącymi, uczniami Chrystusa, chrześcijanami – ci nie tylko chcą poznać Boga, Bogu ufać, Boga miłować, ale chcą się z Nim zjednoczyć. Właśnie tu jest ten przeskok między znajomością teorii o Bogu a życiem z wiary.

Często się dziwimy, że dzieci, które dorastają w młodzież, przeżywają kryzys wiary. Znają teorię, znają katechizm i chodzą na nauczanie religii przy kościołach – a potem przychodzi ktoś, kto zasiewa kąkol. I kąkol bardziej fascynuje młodego człowieka aniżeli pszenica, ponieważ nie ma on jeszcze rozeznania. Czasem kąkol można ubrać w świecącą cynfolię, która się bardziej podoba niż zdrowe ziarno pszenicy.

A więc człowiek, który znał samą teorię o Bogu, a nie zna Go egzystencjalnie, nie doświadczył Jego bliskości, nie doświadczył Jego miłosierdzia, kto nie ma w sobie Jego życia – „przyszedłem po to, żeby życie mieli i mieli je w obfitości”, mówił Chrystus (J 10, 10) – kto nie jest z Nim zjednoczony, ten odpada jak liść, który schnie, jeśli nie ma dostępu do soków życiodajnych.

Wróćmy teraz przez moment do tej tajemnicy Bożego Narodzenia, którą zwłaszcza przeżyliśmy w dzień Objawienia, Epifanii, która po prostu jest określona tymi słowami (zostawmy greckie „epifania”, ale pomyślmy o polskim „objawienie”): Bóg  objawia  się. Bóg objawia się przez Jezusa Chrystusa, który jest Słowem Boga. „Słowo stało się Ciałem”, powtarzaliśmy wiele razy. I przez kilka tygodni Adwentu chcieliśmy się przygotować do przeżycia tej tajemnicy – to znaczy (bardzo prosta sprawa) wypracować w sobie postawę zbliżoną do postawy Matki Jezusowej, Maryi, która, gdy usłyszała słowo, przyjęła je, otworzywszy się na jego sens. I to powtarzamy w modlitwie: „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. To nam przypomina tajemnica Objawienia, która określa misterium Bożego Narodzenia właśnie tymi słowami.

Teraz ubieramy się w zielone ornaty; wprawdzie polski zwyczaj utrzymuje jeszcze śpiewanie kolęd i wpatrywanie się w żłóbek, ale w całym Kościele jest już w tej chwili okres pobożonarodzeniowy. Teraz przypatrujemy się – jak przed chwilą słyszeliśmy w czytaniach – opisom życia Jezusa Chrystusa z Nazaretu, ale już nie z okresu wczesnego dzieciństwa i młodości, lecz czytamy teksty dotyczące publicznego życia Chrystusa. Żeby się nauczyć jeszcze bardziej i doświadczyć jeszcze bardziej tego, co Bóg chciał nam dać w tajemnicy Bożego Narodzenia.

To jest metoda pedagogiczna Kościoła. Pamiętacie, że raz w roku, przez cały rok idzie przed nami jakby film wszystkich tajemnic Chrystusa – od Adwentu, poprzez Boże Narodzenie, życie publiczne, mękę, śmierć, Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego – żeby nam przypominać, że Bóg bez przerwy objawia nam Siebie i swoje słowo. Najpierw słowo – bo słyszymy to słowo, które nas zachęca, wzywa, czasem gani, ale przede wszystkim przybliża nas ku Niemu, byśmy doszli do spotkania z Nim, do spotkania Osoby.

Bóg się wciąż objawia. Do jednego z nas przemówi bardziej Chrystus w żłóbku, mały, Dziecko; do innych młody, dwunastoletni, ukazujący niezwykłą mądrość w rozmowie z uczonymi; do innych przemawia męka Chrystusa; do jeszcze innych – wszechmoc zmartwychwstania. Ale ciągle chodzi o jedno. Chodzi o to, aby objawiającego się Boga przyjąć. Przyjąć jak Matka Jezusowa. Przyjąć przez wiarę i miłość.

Wiara raczej mówi o porządku rozumu, intelektu: trzeba rozumieć Boga, trzeba rozumieć Chrystusa, trzeba rozumieć Jego słowa, trzeba rozumieć Jego zamiar pozostania z nami w Eucharystii do końca świata. Ale też trzeba Go miłować. Nie wystarczy rozumieć. Iluż to pysznych mędrców odpadło od Chrystusa, ponieważ Chrystusa nie miłowali. Bo można znać i grzeszyć. A kto miłuje, ten nie grzeszy – a jak nawet zgrzeszy ze słabości, to za chwilę się oczyści, by miłować dalej, nie tylko miłością zaczątkową, ale miłością coraz bardziej dojrzałą.

I dobrze wiemy, że takiej postawy, jakiej nas uczy Kościół w tej swojej wielkiej pedagogii – Kościół Matka nasza, Kościół wychowawca – że tej pedagogii my sami też się uczymy, ponieważ to my jesteśmy Kościołem. Rodzice chcąc przekazać dzieciom taką postawę, często są bezradni i bezsilni, bo siewca kąkolu ma też dobrze wyspecjalizowane metody. Sami patrząc na siebie wiemy, że chcielibyśmy, żeby nasza odpowiedź objawiającemu się Bogu była radykalna (używamy tego słowa), dojrzała, pełna. Żeby miała wyraz świadectwa. By ktoś, kto patrzy na naszą miłość, powiedział: Bóg tych ludzi jest Prawdą, Bóg tych ludzi jest Miłością. Temu Bogu oddam cześć i będę Mu służył.

Otóż można śledzić, moi drodzy, ten proces, jak wiara w człowieku się rodzi. Rodzice mieliby tu na ten temat dużo do powiedzenia (bo się patrzą na własne dzieci i to im przekazują), w jaki sposób ta wiara dojrzewa, jak ta wiara pogłębia się, jak ta wiara się doskonali. Oto wiara, ten akt człowieka, jest rezonansem na słowo objawiającego się Boga. Na tym polega wiara. To nie mój wymysł, tylko otwarcie się na słowo, przyjęcie tego słowa i posłuszeństwo słowu. I dlatego bolesna jest rzecz, kiedy wiara, zamiast dojrzewać i się rozwijać, marnieje i ginie. I pytanie istotne jest:  jak  doprowadzać człowieka do wiary żywej, jak mu w tym pomagać? Oto co robi czasem kazanie. Teoretycznie mówi człowiekowi, co trzeba czynić, by wiara dojrzewała. By ten dialog, ta interakcja między słowem Boga objawiającego a słowem człowieka, które wypowiada: wierzę (za chwilę to powiemy), była coraz bardziej ścisła.

Otóż to właśnie ukazane jest z niezwykłą precyzją w dzisiejszych czytaniach, które przed chwilą tutaj słyszeliśmy. Może sobie nie skojarzyliśmy tego, ale tutaj została przekazana sama istota rzeczy: w jaki sposób kształtować swoją wiarę, tak by była coraz bardziej dojrzała.

Czytaliśmy dzisiaj dwa czytania: ze Starego Testamentu, Nehemiasza, i z Nowego Testamentu, św. Pawła, a potem „początek Ewangelii według świętego Łukasza”. Nie będę wchodził w treść tych tekstów, bo były dzisiaj dość długie, ale ukażę w jednym zdaniu całą ich treść: oto wobec objawiającego się Boga można zajmować różne stanowiska: powierzchowne, głębsze i bardzo głębokie.

Nehemiasz mówi o zajęciu stanowiska wobec Boga w warstwie prawno-moralnej. Prawo moralne jest najbardziej zewnętrzne, najbardziej też powierzchowne, dotyczy litery. Ktoś mówi: wierzę, a czynami mówi co innego. Iluż ludzi dzisiaj powie: wierzę w Boga Ojca, w Syna Bożego – a do Komunii nie przystąpi. Wierzy, ale jak wierzy? Czyli widać z tego, że nawet forma postawy moralnej może być fasadowa i zewnętrzna. Znamy epizod z Moliera, kiedy rycerz jedzie na koniu, rzuca żebrakowi złotego luidora i mówi: klnij Bogu! Daje jałmużnę, żeby biedak klął Bogu! Niby jałmużna, ale do czego prowadzi ta jałmużna?

Tak więc o literze Prawa mówi Nehemiasz. Oczywiście, że trzeba przyjąć literę Objawienia Boga, w słowie i w prawie, w przykazaniu, ale nie można ograniczyć się do tego. Paweł mówi, aby wobec Boga zająć postawę w warstwie – nazwijmy to – sakramentalnej. „Wszyscyśmy zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12, 13). Mamy więc nie tylko przyjąć słowo, ale przyjąć sakrament: „kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony” (por. Mk 16, 16), więcej: uczestniczyć we Mszy obecnością, modlitwami i Komunią (por. J 6, 5354). Jedno i drugie, sakrament chrztu i bierzmowania, kończy się przyjęciem Eucharystii. Kto się chrzci i bierzmuje, a nie przyjmuje Eucharystii, ten czyni to połowicznie, fasadowo, to nie jest pełne chrześcijaństwo. Jego życie jest powierzchowne, jego życie staje się faryzeizmem. Bo podejmuje wszelkie działania bez czynów wewnętrznych, do których skłania świadoma wiara wyrażona w sakramentach i z nich czerpana.

I dlatego jest trzecia postawa, o której mówi Paweł: że skoro „wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało, „wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” (1 Kor 12, 13), napełnieni Duchem Świętym. A więc oprócz stanowiska jurydycznego, prawno-moralnego, oprócz stanowiska sakramentalnego, jest jeszcze stanowisko najgłębsze: zajęcie postawy kontemplacji czy postawy miłości, która przenika wszystkie struktury. Która wypełnia przykazania. Można przykazania wypełniać bez miłości – paradoks nad paradoksami! Ilu ludzi, religijnych, doprowadziło swoje dzieci do niewiary. Bo pojmowali religię według „litery, która zabija”, nie mieli „Ducha, który ożywia” (por. 2 Kor 3, 6). Zresztą stanowisko odwrotne jest równie niebezpieczne: niektóre ruchy charyzmatyczne idą w kierunku Ducha zaniedbując literę, nie słuchając Ojca Świętego, nie słuchając biskupów, nie słuchając księży, nie słuchając słów Ewangelii wyjaśnianych przez Kościół.

A więc te trzy warstwy muszą współbrzmieć. Wtedy odpowiedź dana objawiającemu się Bogu jest bliska dojrzałej pełni. Dlatego też Kościół (kończę dzisiejszą refleksję) swoim dzieciom, nam uczniom Chrystusa, zastawia każdej niedzieli – i zobowiązuje do tego przykazaniem, by uczestniczyć we Mszy – stół słowa i stół Chleba. Słyszymy Ewangelię, która rozbrzmiewa; która zachęca do tego, by przyjąć słowo, które staje się Ciałem; by w literę wlać ducha. Bo tam, gdzie jest Komunia święta, Eucharystia, tam jest Chrystus i Duch Święty. I Duch Święty dawany w Eucharystii pomaga nam na co dzień w Chrystusie odkrywać Boga, przyjmować Boga do serca i pozwalać Mu żyć przez nas.

To jest chrześcijaństwo. I tego nas wciąż uczy Kościół, rok po roku, niedziela po niedzieli – abyśmy idąc w tej pielgrzymce doszli do progu śmierci jak kłos dojrzały, który pada pod sierpem, ale zwycięski. Bo z tego zboża ulepi się Hostię, którą się położy na ołtarzu na chwałę i cześć Boga w Trójcy Jedynego.

(1989)

22 stycznia 2022
homilia bpa Wacława Świerzawskiego

3 NIEDZIELA ZWYKŁA

ROK C

Pierwsze czytanie: Ne 8, 16.8-10
      Drugie czytanie: 1 Kor 12, 12-30
      Ewangelia: Łk 1, 14; 4, 14-21