Created OFL przy współpracy z  MAGNUM Sandomierz

 OŚRODEK FORMACJI LITURGICZNEJ

Wprawdzie doświadczając ciężaru i udręk życia wielu z nas narzeka, że epoka, w której żyjemy, jest niezwykle trudna i ciężka, to jednak nikt nie jest wolny od troski i obowiązku, by wszystkimi siłami przeciwstawiać się zaglądającemu w oczy kryzysowi. Sięga on głęboko poza naskórek zewnętrznych zjawisk, takich jak polityka, ekonomia, kultura. Kruszy już bowiem podstawy moralnej i religijnej egzystencji. Dotyka też ludzi głęboko wierzących. I jak często wołania o odnowę, reformę są przelewaniem z pustego w próżne, jeśli nie sięgają do podstaw. To nie tylko: uzdrowić system, strukturę. Ekonomistę wpierw, a potem strukturę; twórcę kultury wpierw, a potem będzie tworzył to, co trzeba. 

 

Do tych najistotniejszych warstw, dzięki którym można dopiero budować coś lepszego, trzeba wciąż, nieustannie sięgać. Skąd bowiem idzie tchnienie nadziei, bez której nie ma postępu? Skąd niezłomny dynamizm, który się nie załamuje w przeciwnościach? Skąd nieustanna troska, by nie ustawać w budowaniu? Nie swojego, ale cudzego – tylko z taką miłością i odpowiedzialnością, jakby to było własne. Myślę o wszystkich sektorach naszego życia.

 

Krajobraz epoki, w której zaczął swoją służbę wobec ludzi Chrystus, nie był inny niż naszej. Proporcja ludzi budujących i odpowiedzialnych wobec obojętnych, opętanych przez złego ducha i żyjących konsumpcyjnie – była zachwiana zawsze. Świadomość marności ludzkiego życia, pozbawiająca ludzi nadziei, a tym samym chęci do życia, jak groźna epidemia niszczyła dobre inicjatywy. Oto opis epoki owej, cytowany słowami sprawiedliwego Hioba (dzisiaj czyta go Kościół): „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się zdaje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew” (Hi 7, 1‑4.6‑7).

 

I oto w tym krajobrazie pojawił się Mesjasz. Nauczyciel, Kapłan, Lekarz, Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus. Wyliczenie tych tytułów jest potrzebne, bo w każdym lekarzu, jeśli jest z Nim zjednoczony, może objawić się Jezus Chrystus, w każdym nauczycielu może objawić się Jezus Chrystus, w każdym kapłanie może się objawić Jezus Chrystus. W każdym człowieku, dziś też, może się objawić Jezus Chrystus. I wtedy kiedy się pojawił Mesjasz, wypełniły się proroctwa starotestamentalne: „On leczy złamanych na duchu” (Psalm responsoryjny). A sposób, w jaki to zaczął czynić, był niezwykły – proszę dobrze wsłuchać się w to zdanie: „Jezus wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (śpiew przed Ewangelią). Oto jaką metodę zastosował: uzdrawia, wyrzuca czarty, naucza, czyni, cierpi, umiera za ludzi – a w międzyczasie, jak nam podpowiada św. Marek w dzisiejszej Ewangelii, „udaje się na miejsce pustynne, aby się modlić” (por. Mk 1,35).

 

A suma tych wszystkich działań (nazywamy je dość już niezrozumiałym dla wielu terminem) to dzieło Odkupienia. Tak płaci Bóg za to, żeby ludzie wszystkich czasów, wszystkich epok mieli sposób – wypróbowany, sprawdzony – wszelkiej reformy, wszelkiej odnowy, wszelkiego wychodzenia z kryzysu. Każe sięgać samych podstaw, którymi są moralność i religia. I biada tym, którzy w imię reformy niszczą moralność i religię, i to, co sięga szczytów. Mówił Chrystus ludziom, co jest przed rozpoczęciem życia i co jest po śmierci. I biada człowiekowi, jeśli tego nie wie i jeśli przelicza swoje życie tylko na sukcesy i efekty – pozorne, doczesne, krótkotrwałe.

 

To zlecił Chrystus swoim następcom, Apostołom, uczniom: przekazywać tę metodę, sprawdzoną, wypróbowaną, udaną. Nazwaliśmy ją, czerpiąc z mądrości naszych ojców w wierze – Ewangelią, Dobrą Nowiną. Dobra Nowina! Kiedy słyszysz słowo „Ewangelia”, nadstaw ucha: to jest ta dobra nowina, która mówi, jak wychodzić z kryzysu. Stoi za tym gwarancja Boga samego, który sam ją wypróbował i to nam w testamencie zostawił.

 

Ileż to już razy w ostatnich dniach padło to słowo od ołtarza: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1, 15). Ewangelia to Jezus Chrystus, który wziął na siebie nasze choroby, nasze sprawy, nasze problemy; który dał się ukrzyżować i zmartwychwstał. Krzyż i zmartwychwstanie jest w centrum Ewangelii Chrystusa. Dlatego się żegnamy, żebyśmy sobie przypominali Ewangelię Chrystusa dokonaną w imię Trójcy i mocą Boga Wszechmogącego na krzyżu. I kiedy nas ogarnie pesymizm czy beznadziej­ność, w Chrystusie Jezusie mamy widzieć kamień węgielny (Ef 2, 20; 1 P 2, 6), podstawę, fundament, na którym trzeba budować dom. Chrystus chce, żeby ludzie żyli Ewangelią. Mówi:  „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (por. Mk 8, 35).

 

Dzisiaj św. Paweł – też czytamy ten wyjątek z jego Listu do Koryntian – mówi według tej konwencji: „Wszystko czynię dla Ewangelii” (1 Kor 9, 23). Gdybyśmy tak zrobili krótki rachunek sumienia: czy my wszystko czynimy dla Ewangelii? – wypadłby czasem przerażająco. Ukazałby się motyw, dla którego czynimy to czy tamto.

 

„Czyńcie pokutę i wierzcie w Ewangelię”. Tak więc odpowiedzią na Ewangelię jest pokuta i wiara. I w człowieku, który otwiera się na orędzie Ewangelii, aktualizuje się tajemnica Chrystusowego krzyża: już jest w niej zmartwychwstanie. A dla innych jest Ewangelia głupstwem, jest zgorszeniem (1 Kor 1, 17‑25), jest zakryta (Mt 11, 25), bo (też słowa świętego Pawła) są zaślepieni poprzez boga tego świata. Innym idolom palą kadzidło i innym idolom służą.

 

Słyszymy: podczas każdej Mszy świętej kapłan wychodzi na ambonę i czyta: „słowa świętej Ewangelii”.   A po chwili, w drugiej części Mszy świętej, kiedy zakończy się czytanie i wyjaśnianie słowa, widzimy (proszę zachować ten idiom w pamięci) ciało Ewangelii: widzimy Jezusa Chrystusa. „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało wśród nas” (por. J 1, 14). I tak jak wobec słowa, tak wobec Ciała trzeba zająć stanowisko pokuty i wiary. Ponieważ i w słowie, przez które to wyraża, i w Ciele, które daje – Chrystus „w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo” krzyża (1 P 2, 24), wziął nasze słabości – przychodzi do nas, aby nas uleczyć, aby wypędzić z nas złe duchy (Mk 1, 34), aby „pokornych dźwignąć” (Psalm responsoryjny), aby „złamanych na duchu” (tamże) podnieść. A my, abyśmy w Nim spotykając Boga, otrzymali rzetelną motywację dla naszej wiary.

 

Moi drodzy, ileż to razy kryzys rodziny czy narodu zaczyna się od osobistego, własnego kryzysu. Gdzieś się nam zmącą motywy wiary naszej. Zaczynamy wątpić. Nie wiemy, dlaczego wierzymy. I nie potrafimy „zdać sprawy z przedmiotu nadziei, która nas ożywia” (por. 1 P 3, 15) wobec dzieci naszych, dorastającej młodzieży, wobec ludzi, wśród których żyjemy. Zaczynamy się wykręcać, tracić grunt pod nogami. Nie wiemy, że kamieniem węgielnym naszej wiary jest Chrystus, obwieszczany wciąż przez Ewangelię, która jest Dobrą Nowiną o dokonanym już Odkupieniu. I oto właśnie paradoksalna sytuacja. Powszechne staje się doświadczenie oporu wobec Przychodzącego.

 

Może mniej doświadczacie tego wy niż my, kapłani, którzy jesteśmy z urzędu zobowiązani do głoszenia słowem Ewangelii. Opór wobec słowa, opór wobec osoby Chrystusa, opór wobec miłości Chrystusa.       I zamiast w Chrystusie, Odkupicielu i Zbawicielu, szukać pomocy i wsparcia, wielu z nas żyje tak, jakby po dziś dzień trwała epoka oczekiwania Mesjasza. Czekają na swojego Godota. Iluż to uczniów Chrystusa jest zarażonych ciężką chorobą fałszywego mesjanizmu. Ciągle czekają. A Chrystus czeka na nich. Iluż, małej wiary, zwątpiło czekając. Iluż bije pokłon bogom obcym. Iluż ludzi wciąż, idąc na kompromis, zaprzedaje się szatanowi i żyje w grzechu, popełnia zło.

 

Jakże często symptomem tej choroby jest to, co dzisiaj nam opisuje Ewangelia. Szedł Jezus, dotykał, leczył, uzdrawiał, wypędzał złe duchy, kazał czynić pokutę, nawracał. Dziś czyni to samo. Zna człowieka, zna każdego z nas do szpiku kości. Dlatego też, wiedząc o tym oporze, który ludzie stawiają wobec Dobrej Nowiny ewangelicznej, stosuje tę zdumiewającą metodę: wziąwszy na siebie nasze grzechy i nasze choroby, i nasze słabości, choć już zaniósł je na krzyż i umarł, i obmył w krwi, i uobecnia w Eucharystii – wciąż jednak (jak nam dzisiaj przypo­mina Ewangelia, i nie chciałbym, byście tych słów nie zapamiętali) „idzie na miejsce pustynne i tam się modli” (por. Mk 1, 35).

 

Czyśmy się kiedyś głębiej zastanawiali nad zjawiskiem modlitwy Jezusa Chrystusa? I wtedy, kiedy dwa tysiące lat temu chodził po ziemi, i dziś, kiedy w tabernakulum lub w naszych sercach trwa w ciszy, modląc się z nami? Modlitwa Jezusa, modlitwa Boga! A jednak to jest uprzywilejowany wątek w ewangelicznych opisach. Można, wczytując się w karty Ewangelii, próbować odtworzyć, jaka była treść modlitwy Jezusa, jaka była metoda, jaki sposób Jego modlitwy. To właśnie Jego modlitwa była częścią tego sekretu, który ściągał do Niego ludzi. Przychodzili do Niego, pytali Go, prosili Go: „Naucz nas się modlić” (Łk 11, 1).

 

Ale w tej modlitwie jest jeszcze coś więcej niż tylko możliwość przekazu tej trudnej sztuki ludziom wszystkich czasów. Jezus modląc się wymadla dla nich – bo już grzechy i choroby wziął na siebie – łaskę otwarcia się na słowo i łaskę otwarcia się na Ciało, w którym On sam osobiście zbliża się do nas. Tak więc modlitwa Jezusa jest w ścisłej więzi z Jego posłannictwem, z Jego zbawczym dziełem.

 

Ileż tu światła dla treści i sposobu naszych modlitw! Właśnie dzięki Ofierze na krzyżu i trwałej modlitwie Chrystus dokonuje tej nieustannej reformy, odnowy świata, którą my nazywamy zbawieniem. I wielu z nas doświadcza mocy modlitwy Chrystusa. Wielu z nas przyszło z daleka i doświadczyło czegoś podobnego jak Augustyn czy wpierw Paweł pod Damaszkiem. I doświadczywszy, zobaczyliśmy w modlitwie Chrystusa przykład dla siebie, przykład do naśladowania, by czynić też to, co czynił Jezus Chrystus: nie tylko brać problemy i słabości cudze, innych ludzi, na swoje barki, ale modlić się za innych. Pragnąć bowiem tego, czego chce Jezus, to jednoczyć z tym Jego pragnieniem, z intencjami, w jakich On się modli.

 

Kończąc tę dzisiejszą refleksję zadajmy sobie i to pytanie: czy bierzemy na serio i ten wymiar, kiedy rozmyślamy nad marnością życia i doświadczamy lęku istnienia, kiedy mówimy czy słyszymy o kryzysie materialnym, moralnym czy duchowym. Czy kiedy nas obarczają odpowiedzialnością za przekaz wiary. Za przekaz wiary młodzieży, dzieciom, współmałżonkom, rodzicom. Czy wtedy też sięgamy do tego wymiaru, który nam w prostych słowach przekazał dzisiaj św. Marek Ewangelista: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, Jezus wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (Mk 1, 35).

Zbliża się Wielki Post. Będziemy próbować czynić to razem z Nim. Za siebie i za innych. Doświadczając tym samym radości i pokoju, który jest znakiem, że człowieka dotyka miłość Boga Wszechmogącego.

(z 1988 roku)

 

 

06 lutego 2021
homilia bpa Wacława Świerzawskiego

5 Niedziela Okresu Zwykłego

ROK B


Pierwsze czytanie: Job 7, 1‑4.6‑7

Drugie czytanie: 1 Kor 9, 16‑19.22‑23

Ewangelia: Mk 1, 29‑39