Created OFL przy współpracy z  MAGNUM Sandomierz

 OŚRODEK FORMACJI LITURGICZNEJ

Pierwsze czytanie: Dz 9, 26-31

Drugie czytanie: 1 J 3, 18-24

Ewangelia: J 15, 1-8

 

Pełen ożywczego, życiodajnego dynamizmu miesiąc maj, szczytowy moment wiosny, stanowi doskonałe tło dla Chrystusowej przypowieści o krzewie winnym i latoroślach. Wchodzimy w piąty tydzień Wielkanocy. Jest w nas jeszcze żywa pamięć przeżywanych niedawno Świąt Wielkanocnych.

Zmartwychwstały z krzyża Pan jawi się wśród nas (kto o tym wie, ten wie) podczas każdej Mszy świętej. Jawi się zawsze, i poza Wielkanocą. Wtedy, kiedy pamiętamy, i wtedy, kiedy nie pamiętamy. Ale teraz łatwiej i szybciej Go rozeznać, kiedy mamy świeże wspomnienia wydarzeń odkrytych w solenności, kiedy wsłuchujemy się w słowa Pisma, w Jego słowa, i kiedy wpatrujemy się w znak Jego obecności: w łamany Chleb.

Piąta niedziela Wielkanocy. Już mówiłem, jak niezwykle czytelny to zwrot: nie „po Wielkanocy”, nie „wielkanocna”, ale „niedziela Wielkanocy”. Wielkanoc trwa, tak jak trwał pobyt Chrystusa zmartwychwstałego z krzyża przez czterdzieści dni po Jego zmartwychwstaniu. Po to pozostał po zmartwychwstaniu, aby w inny sposób aniżeli przed dramatem śmierci nawiązać kontakt ze swoimi uczniami i nauczyć ich sposobu spotykania się z Nim, który mają przekazać następnym pokoleniom.

Przed śmiercią zwoływał ich, czynił cuda, nauczał, spotykając uzdrawiał, leczył, formował. I tę Jego metodę poznali. Dominowała w niej prawda (wyjaśnialiśmy ją przez Wielki Post): „Trzeba iść do Jerozolimy, tam Syn Człowieczy będzie ukrzyżowany i zmartwychwstanie” (por. Mt 16, 21). Wielu z nas zrozumiało, że to jest nauka dla nas, nie dla Niego. On nie potrzebował iść do Jerozolimy dla siebie – pokazał nam, co jest najważniejsze w życiu. I kiedy idziemy w codzienność, ten kto potrafi kojarzyć i wiązać każdy fragment życia, każdy konkret życia z centrum, jakim jest Chrystus, odkrył klucz do sensu życia w otaczającym nas bezsensie.

A teraz, po Wielkanocy, czyni to samo. Ukazuje się, przedstawia się im: to Ja, Ten z krzyża. Czyni cuda, naucza i wysyła ich, aby obwieszczali (czy ludzie chcą słuchać, czy nie chcą słuchać): zmartwychwstał i jest, i podąża z nami do Galilei (Mt 28, 7.16; Mk 16, 7). Jesteśmy w tym okresie, kiedy po dokonanej odnowie zaczynamy bez solenności realizować zwyczajność naszego chrześcijaństwa. Ale jeszcze jesteśmy w etapie tych czterdziestu dni, jeszcze jest nad tym splendor dorocznej uroczystości, ukazanej w obrzędach, w specjalnie dobranych z Jego uprzednich przemówień wypowiedziach.

Co mówi nam dzisiaj? Możemy przymknąć oczy – i tak jak wtedy, tak dziś staje wśród nas i mówi o trwaniu w Nim. Więcej: wzywa nas do postępu, czyli do pokonywania dalej drogi, „przez Niego, z Nim i w Nim”, co w każdej Mszy tak uroczyście jest wyakcentowane. Wzywa do przemiany zasianego ziarna w owoc dzięki Jego miłości. Miłość jest tym klimatem koniecznym do wzrostu. Jeśli matka nie patrzy z miłością na dziecko, to dziecko karleje, jak nie fizycznie, to duchowo; czasem wykarmione osiłki są karłami duchowymi. Kiedy ojciec nie patrzy z mi­łością na dziecko, to później się dziwi, że są konflikty pokoleń.

Chrystus przypomina nam właśnie w splendorze Wielkanocy o tym darze, który Bóg daje ludziom. Przypomina, abyśmy zapamiętali, abyśmy go wciąż poznawali. Żebyśmy wybrali ten dar, którym jest Jego miłość, i dzięki temu darowi przynosili owoce. My i wciąż nowe pokolenia.

Iluż to ludzi w czasie ostatnich Świąt przyjęło chrzest, są wciąż nowi katechumeni. Nawracają się, pomimo pozorów, tysiącami. Może więcej nawet niż w początkach Kościoła, coraz więcej dorosłych przyjmuje chrzest. Są dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii świętej, które pierwszy raz w życiu przyjmą niebawem Ciało Chrystusowe. Jest młodzież idąca do bierzmowania Duchem Świętym. Są nowożeńcy, którzy w tym czasie zawierają związek małżeński i poznają, że ich miłość ludzka, eros, domaga się dopełnienia z góry, a nie tylko rozpalenia oddolnych namiętności. Stają przy ołtarzu nowi kapłani – Bogu dzięki, że jeszcze nasza ziemia rodzi ich tylu – i pojmują na swój sposób, czym jest miłość Chrystusa, którą będą głosić. I jak mają zaowocować oni sami, żeby dokoła nich powstawały też nowe owoce z rzucanego przez nich ziarna.

O tym mówię, ponieważ dzisiaj w tej przypowieści Chrystusowej o krzewie winnym i latoroślach na pierwszym miejscu jest sprawa owoców. Obraz zarysowany jest najpierw negatywnie – mocne słowa, jedne z najmocniejszych, jakie Chrystus wypowiedział: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5). Przypomina to Pawła wypowiedź, kiedy wyśpiewał hymn o miłości – o tej miłości, którą Bóg daje, dając Syna swojego, a potem w Eucharystii nam rozdziela – kiedy mówił: „Gdybym nie miał miłości, jestem niczym” (por. 1 Kor 13, 2). Po prostu niczym i dosłownie niczym. Powiedział też Chrystus: nikt nie może przynosić owoców sam z siebie (mocne słowa!): „Podobnie jak latorośl – mówi dzisiaj – nie może przynosić owoców sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie” (J 15, 4b). Nie chodzi o to trwanie formalne, o wpisanie się w poczet chrześcijan przy chrzcie. Chodzi o życie Chrystusa zmartwychwstałego w nas. O zanurzenie w śmierci i zmartwychwstaniu i objawienie właśnie tej miłości, która jest w Zmartwychwstałym.

Ale są niezwykle ważne sformułowania pozytywne: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym... Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę” (J 15, 1.4a). To jest metaforyczny język wyrażający właśnie obecność Chrystusa w ochrzczonym, bierzmowanym i pożywającym Eucharystię – i wyraża posiadanie tej miłości, której świat nie zna i jest niezwykle biedny, nawet wtedy, kiedy wciąż stara się pokazać, że to chodzi o uczucia i zmysły, o eros, o seks, i mnoży pornografię, i wciąga ludzi w tę powierzchniową, naskórkową, płytką grę, która na końcu daje nie tylko niedosyt, ale obrzydzenie. Tak historia zygzakiem idzie, i kto by znał troszkę historię, to by wiedział, że epoka ta się skończy i ludzie zapragną wielkiej czystości, jak pragnęli tyle razy w dziejach.

Ale proszę patrzeć, co Chrystus dzisiaj mówi: „Wtedy o cokolwiek prosić będziecie (jeśli będziecie trwać we Mnie, a Ja w was), spełni się wam. A Ojciec mój otrzyma chwałę, kiedy owoc obfity przyniesiecie” (por. J 15, 78). Te dwa kierunki: Ojciec daje Syna i przez Syna spełnia w nas wszystko, co jest zgodne z Synem, z Jego wolą, bo On obwieszcza wolę Ojca, o którą prosimy każdego dnia – a kiedy to się w nas spełni, kiedy doświadczymy miłości Boga i świętości Boga w nas, wtedy Bóg przez nas otrzymuje chwałę i cześć, i uwielbienie. Gloria Dei homo vivens, człowiek, który żyje miłością Boga, jest wcieloną chwałą, którą oddaje stworzenie – marne, mizerne, skończone – Najwyższemu Stwórcy.

I jeszcze jedno słowo jest dzisiaj niezwykle ważne. Mówi Chrystus: „Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy” (J 15, 2). Tu w tym zdaniu jest zawarta ogromna mądrość. My czasem mówimy: po co cierpienie? po co nieustanny dramat zmieniający się w tragedie, i indywidualne, i zbiorowe, i osobiste, i narodowe? Jest na to odpowiedź prosta: „kogo Bóg miłuje, tego biczuje” czyli doświadcza. To nam otwiera oczy na to, że jest sens cierpienia, bo mamy przykład tego w Chrystusie, w Ziarnie wdeptanym w ziemię (por. J 12, 24; Ps 7, 6), w Ukrzyżowanym, który zmartwychwstaje.

Jest sens cierpienia podejmowanego dla owocu. Co więcej: jest sens cierpienia przyjętego dla owocu. To jest właśnie inny opis wąskiej drogi krzyża i ciasnej bramy (Mt 7, 14), przez którą się wchodzi do Królestwa.

Tutaj tylko jednym marginesem ujmę rzecz (dziś wspomnienie św. Józefa Robotnika): tu jest źródło dla kształtowania etosu pracy. Nie zrozumie pracy nikt bez więzi z wąską drogą krzyża, która daje zmartwychwstanie. I to mają zrozumieć i ci, którzy pracują, i ci, którzy są pracodawcami. Wtedy się tworzy wspólna harmonia, tego uczy nas Jezus Chrystus, który umarł i zmartwychwstał.

I jakby komentując tę wspaniałą przypowieść o krzewie winnym i latoroślach, Jan Apostoł wyraża jeszcze inaczej to samo: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3, 18). „Wtedy uspokoicie własne serca” (por. 1 J 3, 19). Augustyn czerpał z tego tekstu, kiedy mówił: „Stworzyłeś nas dla siebie, Boże, i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Wtedy uciszymy serca, kiedy będziemy miłować czynem i prawdą.

Miłować. Już wiemy w tej chwili więcej, co to znaczy. Miłować to znaczy w każdej warstwie, gdzie wchodzi słowo miłość – właśnie w sferze seksu czy erosu, czy w sferze religijnej, gdzie wprowadza się pod termin „miłość” wiele bałamutnych, nieokreślonych pojęć i stwarza się własne teorie – miłować znaczy (ograniczam się w tej chwili do sfery religijnej, chrześcijańskiej, bo też niektórzy pojmują miłość afektywnie, emocjonalnie, nie zdając sobie sprawy z samej istoty rzeczy), miłować znaczy zachowywać przykazania. Czemu mąż, który do żony mówi: „Miłuję cię i ślubuję ci miłość i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci”, nie zwróci uwagi, że musi połączyć słowo „miłuję” z „nie opuszczę aż do śmierci”? Czemu po trzech latach zostawia człowieka, któremu ślubował? Afekt? Seks? Eros? O co chodzi? Zachowuj przykazania!

To samo z religią. Zachowuj przykazania. „Ten Mnie miłuje, kto zachowuje przykazania” (por. J 14, 21). Nie ten, kto czyni, co mu się podoba, ale kto czyni „to, co się Jemu podoba” (1 J 3, 22), Jezusowi Chrystusowi, Panu naszemu. I wsłuchuje się w to, co się Jemu podoba, jaka jest Jego wola. Pisze Jan: „Przykazanie Jego zaś jest takie, abyśmy uwierzyli w imię Jezusa Chrystusa, Jego Syna” (1 J 3, 23a), Tego, który był – postać historyczna – umarł i zmartwychwstał, i Tego, który jest w Eucharystii; i dalszy ciąg zdania: „i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto więc wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim; a to, że trwa On w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał” (1 J 3, 23b24).

Chrześcijanin to człowiek, który objawia w sobie Ducha Chrystusowego. Po prostu wtedy mówimy: miłuje. Ale nie tak, jak on to sobie sam ustala i wymyśla, ale tak, jak miłuje Chrystus. Dlatego corocznie przygotowujemy się do przeżycia Wielkanocy, żeby zobaczyć Miłość Wcieloną w kształcie Jezusa Chrystusa. W konkrecie, którego nie można ominąć.

I już w formie suplementu: maj to miesiąc rozważania właśnie miłości Boga w kształcie ludzkim – Matka Jezusowa. Dzisiaj w ogłoszeniach usłyszeliśmy o świętych, którzy jawią się w pierwsze dni tygodnia następujące po dzisiejszej niedzieli: Stanisław ze Szczepanowa, Apostołowie Filip i Jakub, błogosławiony Michał Giedroyć. To wszystko wzory. Ukazują, co znaczy trwać jak latorośl w winnym krzewie.

Jest to wołanie do nas o dalszą refleksję, modlitwę, kiedy odchodząc od Wielkanocy idziemy coraz bardziej w świat, gdzie doświadczamy, jak nasza miłość wystawiana jest na próbę. Ale też, jeśli na serio bierzemy Chrystusową naukę, powoli wstępujemy ku niebu. Jak – można rzec – strzelająca ku niebu zieleń wiosny.

( rok 1988)

 

5 NIEDZIELA WIELKANOCNA

z homilii bpa Wacaława Świerzawskiego

01 maja 2021