Created OFL przy współpracy z  MAGNUM Sandomierz

OŚRODEK FORMACJI LITURGICZNEJ

Wprowadzenie: Starożytnym wezwaniem „Kyrie eleison” rozpoczynamy naszą sprawę z Bogiem. Wierzymy, że stoimy wobec Boga żywego. Właściwa postawa jest postawą uniżenia i żalu. Dlatego przepraszamy Boga i prosimy o przebaczenie.

 

Homilia: Kilka razy podczas dzisiejszych czytań słyszeliśmy o strasznej chorobie trądu. Można ten wątek wziąć za tworzywo poważnego problemu, który dotyczy życia, i naszego, i przede wszystkim życia naszych bliskich, którzy są bliscy śmierci albo leżą w szpitalu. Jest to, mówiąc krótko, bardzo trudna sprawa, kiedy człowiek choruje na chorobę nieuleczalną i jest w jakiejś swoistej izolacji, osamotnieniu, a przy tym nie jest świadom zagrożenia życia: Czy mu powiedzieć, czy nie powiedzieć? Kto ma powiedzieć?

Mówi starotestamentalna Księga Kapłańska: „Przez cały czas trwania choroby będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13, 46). Naturalnie, wiemy, że gorsze jest odosobnienie, kiedy człowiek człowiekowi nie może komunikować swojego wnętrza, swoich przeżyć, swoich doświadczeń, swojego lęku, swojego bólu. Albo nie może komunikować jeszcze czegoś – właśnie tego, co człowieka może uwolnić od lęku i bólu, ponieważ nie wie, czy tamten zrozumie to, co mu powie.

Otóż dzisiaj mamy pewne sugestie dotyczące rozwiązania tego problemu (i analogicznie innego, do którego za chwilę wrócimy). Mianowicie, Jezus spotyka trędowatego i aby rozciąć to pasmo czy zmowę milczenia, mówi: „Chcę, bądź oczyszczony... Ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę” (Mk 1, 41.44). I powiada dalej kronikarz: „On zaczął opowiadać i rozgłaszać” (Mk 1, 45). Otóż trzeba nam jeszcze kilku uściśleń, żeby poprowadzić ten wątek w tym kierunku, który będzie przedmiotem naszej refleksji.

Mianowicie, nie chodzi mi o to, żeby dzisiaj dać wam odpowiedź na pytanie – bo nie jestem człowiekiem kompetentnym na tym odcinku – czy mówić choremu, czy nie mówić, kiedy mówić i co mówić. Ale chodzi mi o coś innego: żeby zrobić i umieć zrobić transpozycję do problemu o wiele głębszego. Trąd w języku biblijnym jest symbolem trądu duszy. Jest trąd ciała i trąd duszy – grzech. Już widzimy, że zagadnienie się trochę bardziej precyzuje. Otóż, co tu dużo mówić, jeśli mamy wiarę, to wiemy, że grzech jest złem większym od trądu. I to samo pytanie powstaje tutaj: mówić, nie mówić, komu mówić, jak mówić? Przecież nie trzeba być na łożu szpitalnym i czekać na werdykt śmierci. Można wsiąść do samolotu i już nie dolecieć do bazy. Można wsiąść do samochodu i już nie dojechać do domu. Można wyjść na ulicę i lód spadnie z dachu – i sprawa zostanie niedomówiona. Tak jak na łóżku szpitalnym.

Zresztą dzisiaj Paweł nam to też przypomniał: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31).

A więc człowiek musi być gotów. A często nie jest gotów. Właśnie, widzimy to w kontakcie z chorymi. Nie chcę mnożyć przykładów, ale wczoraj zaszokował mnie jeden taki obraz, kiedy młodemu człowiekowi, umierającemu na chorobę nieuleczalną, zaproponowano intensywne zajęcie, żeby odwlec myśl od nadchodzącego końca. Nikt mu nie powiedział, że to już jest koniec. I że na nic wszelkie intensywne zajęcia, na nic wszystko, jeśli człowiek nie postawi jasno pytania: po co? Właśnie, cała rzecz w tym, że to pytanie chyba trzeba wcześniej postawić. O wiele wcześniej aniżeli wtedy, kiedy mając lat szesnaście człowiek dowiaduje się, że to już koniec.

Wróćmy teraz do tego ewangelicznego przykładu. Proszę zauważyć, że jest pewna struktura w tym spotkaniu Jezusa z trędowatym. Ale żeby tę strukturę uwydatnić, trzeba jeszcze zobaczyć, co było przedtem. Otóż (biorę do ręki Ewangelię św. Marka, 1, 38): „Jezus rzekł: «Pójdźmy do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem». I chodził po całej Galilei, nauczając w synagogach i wyrzucając złe duchy. Wtedy zbliżył się do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: «Chcę, bądź oczyszczony»” (Mk 1, 38‑41).

Już abstrahuję od tego terminu „wyszedłem”. „Wyszedłem” w języku Jezusa znaczy nie tylko wyjść z domu i iść w jakimś kierunku, ale zejść z nieba na ziemię. Czyli cały sens zbawienia dokonywany przez Jezusa Chrystusa jest: przyjść do trędowatych. Właśnie nie tylko na ciele, lecz przede wszystkim na duszy. On pierwszy przychodzi. I Jego pojawienie się budzi u wielu albo niepokój, albo obojętność, ale jeśli Jezus podejdzie blisko, od środka, to trędowaty przychodzi, pada na kolana i mówi: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” – „Chcę, bądź oczyszczony”. Jezus wyprowadza człowieka z odosobnienia, aby wprowadzić go do wspólnoty, gdzie się wie, po co i dlaczego – po co się umiera i po co się żyje. Gdzie Wcielony Bóg, Jezus Chrystus „działa aż dotąd” (por. J 5, 17).

Ten dialog z podwójną inicjatywą – idącą od Niego do człowieka i od człowieka ku Niemu – ma swoje miejsce tam, gdzie jest Bóg. A jest On w Kościele, ale przejawia się Jego moc boskiego czynu w sakra­mentach.

Sakramenty składają się, jak wiecie, uczestnicząc we Mszy, z dwu części: tej, która jest przy ołtarzu, i tej przy pulpicie, liturgii słowa (właśnie: nie spóźniać się!). Słowo Boga, o którym mówimy: „Oto słowo Boże, oto słowo Pańskie”, nie jest zwykłym wypowiadaniem myśli, nie jest mówieniem o Bogu, ale jest słowem samego Boga.

„Słowo Boże” jest słowem Boga! I Bóg działa poprzez posługę kapłanów. Jego słowo – jak mówi wspaniale Autor Listu do Hebrajczyków – „jest żywe i skuteczne, i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, i przenika aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku” (Hbr 4, 12). Czasem czujecie, że słowo Boga dosięga samego dna naszej duszy. Widać to, jeśli chcemy to sobie prześledzić, na kartach Biblii, w powołaniu Abrahama, Mojżesza, w nawiedzaniu proroków, którzy najpierw zostali słowem olśnieni, rozpaleni, a potem stali się sługami słowa, aby Bóg przez nich przemawiał.

Bóg mówi do serca swoim słowem, ale też działa. Tak działa, że słowo staje się tym samym, co czyn. Bóg poprzez słowo oświeca, ale też leczy, uzdrawia, wskrzesza umarłych, rozgrzesza. I to trwa. Trwa dwa tysiące lat, od Wcielenia Chrystusa po dziś dzień.

Wiecie, gdzie można usłyszeć Boga? Tam, gdzie Bóg jest. Tu, gdzie jest Bóg, można słuchać Boga. To nie ciekawy film, to nie pokaz, to nie misterium jakieś ludzkie – tu jest Bóg. A słowo Boga, które słyszymy, jest potężne. Bo proszę zauważyć ciekawą zbieżność: Jezus Chrystus, jak wierzymy, nie przychodzi tylko pod postacią Chleba i Wina – On przychodzi pod postacią Słowa! „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1, 14). Wspaniała prawda, która każe nam nadstawiać ucha wtedy, kiedy słyszymy „słowo krzyża” jako słowo zbawienia, „słowo wielkanocne” jako słowo zmartwychwstałego Jezusa. I ono, dodajmy: dzisiaj już i teraz, objawia nam bogactwo Boga, które ubogim w duchu daje nasycenie (por. Mt 5, 3.6).

Bóg mówiący swoim słowem domaga się odpowiedzi, domaga się uczestnictwa w tym, co przekazuje i komunikuje. „Szczęśliwy człowiek, któremu Pan nie poczytuje winy, a w jego duszy nie kryje się podstęp” (Psalm responsoryjny). To ten, który usłyszał słowo Boga i wszedł w kontakt z Nim.

Wróćmy do naszych nieuleczalnie chorych, zwłaszcza do tych biednych ludzi, którzy odwróceni do ściany, nie chcą wyjść z zamkniętego kręgu odosobnienia. Którzy mówią nawet kapłanowi: Nie chcę! Którzy nie widzą sensu umierania, które już jest za progiem. Bo nie widzieli sensu życia, które polega na spotkaniu ze słowem Boga, który przychodzi do człowieka i w dialogu proponuje mu więź, która urasta do przyjaźni. Tym głodnym, biednym, zalęknionym trzeba ludzkich odwiedzin, trzeba ludzkiego ciepła, trzeba ludzkiego przełamywania ich odosobnienia – ale my wiemy, że to im nie wystarczy.

I kto wie, czy nie trzeba klękać i wyprzedzając niejako przyjście Chrystusa do nich modlić się, żeby oni sami, tak jak często w życiu bywało, ojciec do syna, matka do córki, powiedzieli z piedestału swojego wieku i autorytetu: Dziecko, powiedz mi prawdę, jak jest. Przecież wiesz o tym, że żyłem i chcę umierać w Chrystusie... Tylko w takim wypadku krąg odosobnienia się przecina i zaczyna się pogodne, pełne dojrzałości wyczekiwanie na przyjście Pana – Tego, który przychodzi w Komunii świętej codziennie, tylko w innej postaci, w postaci Chleba i Wina, i w postaci słowa. Teraz przyjdzie ten sam Pan w postaci śmierci.

To jest ta nauka, którą nam dzisiaj przynosi Chrystus. Jeśli nie potrafimy już tego przekazać naszym bliźnim, pamiętajmy, że i my dobrniemy do swego kresu. Żebyśmy my wtedy sami byli mądrzy i powiedzieli tak jak trędowaty: Panie, „jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” (Mk 1, 40). Ale to trzeba zacząć już dzisiaj. I całe życie tak mówić.

I wtedy jesteśmy z Nim i nie jesteśmy odosobnie­ni. I choćby nas wszyscy opuścili, to Pan jest z nami. Tak jak pisał o tym wspaniale Paweł z więzienia mamertyńskiego w Rzymie (2 Tm 4, 16‑17), kiedy faktycznie został sam. Ale sam nie był.

(rok 1979)

13 lutego 2021
homilia bpa Wacława Świerzawskiego

6 NIEDZIELA ZWYKŁA

ROK B

Pierwsze czytanie: Kpł 13, 1‑2.45‑46

Drugie czytanie: 1 Kor 10, 31 – 11, 1

Ewangelia: Mk 1, 40‑45